Tajemnica ojca Klimuszki. Co naprawde przepowiedział słynny franciszkanin?
21 sierpnia 1980 roku w ciasnej klasztornej celi przy kościele Świętego Pawła w Elblągu pachniało suszonym rumiankiem i starym papierem. Na biurku leżały warstwy listów przewiązane sznurkiem. Stary zakonnik odsunął je łokciem, pochylił się nad kartką i wypisał ostatnią w swoim życiu receptę ziołową dla kobiety, której nigdy nie widział na oczy. Cztery dni później już nie żył.
Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów na zachód, za bramą Stoczni Gdańskiej, trwał wtedy strajk, z którego miała narodzić się „Solidarność”. Zakonnik gasł w elbląskim szpitalu, ale o tym zrywie wiedział. Współbracia zapamiętali, że mówił o nim spokojnie, bez emocji, jakby odczytywał z gotowego tekstu, wypowiadając zdania, których nikt przy jego łóżku wówczas nie rozumiał.
Nazywał się Czesław Klimuszko. W zakonie franciszkanów konwentualnych przyjął imię Andrzej i pod tym imieniem znała go połowa Polski. Zielarz, do którego przychodziło ponad sto listów dziennie. Ksiądz, przed którego furtą kolejka ustawiała się od świtu, zanim jeszcze otwarto sklepy. Człowiek, którego jedni nazywali darem Bożym, a drudzy szarlatanem w habicie.
Dziś, gdy internet zalewają nagłówki o wizjach końca Europy, warto zadać niewygodne pytanie: co dokładnie zapisano z jego wizji o Polsce? Nie co przypisano mu po śmierci w celach sensacji, ale co da się odnaleźć w papierach z datą, nazwiskiem świadka i konkretnym źródłem?
Z analizy zachowanych materiałów wyłaniają się trzy zupełnie różne obrazy Polski. Dwa z nich wzajemnie się wykluczają.

Od wiejskiego podwórka do wojennej traumy
Aby zrozumieć ten fenomen, trzeba cofnąć się do początków. Czesław Klimuszko urodził się 23 sierpnia 1905 roku we wsi Nierośno na Podlasiu. Dorastał w ubogiej, wielodzietnej rodzinie, gdzie lekarz był luksusem niedostępnym dla przeciętnych ludzi. Z chorobami walczono tym, co rosło przy drodze.
Swoją drogę do kapłaństwa przeszedł niemal boso. Z powodu braku pieniędzy przerywał edukację, a maturę zdawał we Lwowie, dokąd dotarł pieszo z małym tobołkiem. W 1925 roku wstąpił do nowicjatu franciszkanów, a święcenia kapłańskie przyjął w 1934 roku w Krakowie.
Przez pierwsze trzydzieści lat życia nic nie zapowiadało jego późniejszej sławy. Przełom nastąpił podczas II wojny światowej. Latem 1940 roku we wsi Wierzbica pod Radomiem Niemcy spędzili mężczyzn na plac. Ojciec Andrzej był bity, kłuty bagnetem i zmuszany do biegu. Zdarzenie to potwierdzają niezależne źródła. Sam Klimuszko wielokrotnie wracał do tego epizodu jako do granicy, po której „zaczął widzieć”.
Po wojnie, w kraju pełnym zaginionych i przesiedlonych ludzi, stał się dla wielu ostatnią nadzieją. Kobiety przynosiły mu fotografie bliskich. Zakonnik brał je do ręki, milczał i opisywał losy ludzi ze zdjęć. W kraju, gdzie urzędy milczały, a archiwa były zamknięte, człowiek potrafiący powiedzieć cokolwiek konkretnego stawał się instytucją.
Błędna data i zapowiedź śmierci prymasa
Sława Klimuszki wykroczyła poza lokalne społeczności w 1947 roku, kiedy wypowiedział słynne słowa dotyczące prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda. Zakonnik miał wówczas zapowiedzieć niespodziewaną śmierć hierarchy na 24 października z powodu choroby płuc, dodając, że zaraz po nim zginie drugi dostojnik, nieco niższy w hierarchii.
Kardynał Hlond zmarł na zapalenie płuc 22 października 1948 roku — data rozminęła się z zapowiedzią zaledwie o dwa dni. Kilka dni po pogrzebie, wracając z uroczystości, w wypadku samochodowym zginął biskup Stanisław Kostka Łukomski.
Wydarzenia te odbiły się szerokim echem w całym kraju, choć rzetelność dziennikarska nakazuje zauważyć rysa w tej historii: brak bezpośrednich zapisków z 1947 roku, które potwierdzałyby te słowa przed ich spełnieniem. Relacje spisywano głównie po fakcie.
Niebawem popularność zakonnika ściągnęła na niego uwagę Urzędu Bezpieczeństwa. W grudniu 1948 roku, ostrzeżony przed aresztowaniem, opuścił Prabuty w przebraniu kobiety. Przez kolejne lata ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem na południu Polski, przechodząc z parafii do parafii.
Elbląskie zacisze i setki tysięcy listów
We wrześniu 1961 roku ojciec Klimuszko zamieszkał w klasztorze w Elblągu. To tam spędził ostatnie 19 lat życia i to tam wyrosła jego największa legenda.
Do małej celi przy kościele Świętego Pawła zaczęły napływać tysiące listów. W latach 70. było ich ponad sto dziennie. Jednak wbrew obiegowym opiniom, ludzie nie pytali w nich o przyszłość świata. Korespondencja dotyczyła chorób, zaginionych krewnych i codziennych trosk. Zakonnik odpowiadał na nie ręcznie, łącząc swoją pasję zielarską z duszpasterstwem. Z tej pracy powstał słynny zbiór 151 receptur ziołowych.
Jako franciszkanin patrzył na naturę z niezwykłą uważnością. Dla niego ziołolecznictwo i przeczucia nie były dwoma różnymi darami, lecz tą samą umiejętnością głębokiego dostrzegania tego, co dla innych pozostaje niewidoczne.
Trzy obrazy przyszłości Polski
Wokół wizji Klimuszki dotyczących ojczyzny narosło wiele mitów. W rzeczywistości w przekazach funkcjonują trzy główne obrazy:
Obraz pierwszy: Wybór bez ciężkich chmur Pochodzi z jedynej książki wydanej za jego życia — Moje widzenie świata (1978 r.). Na stronach 73–74 zakonnik pisał, że gdyby miał żyć jeszcze 50 lat i wybrać dowolny kraj na świecie, bez wahania wybrałby Polskę. Wskazywał, że nie widzi nad nią „ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości”. Jest to wypowiedź powściągliwa, pozbawiona konkretnych dat czy katastroficznych opisów.
Obraz drugi: Polska jako centrum Europy Pochodzi z prywatnych rozmów spisanych po jego śmierci i cytowanych w późniejszych publikacjach. Według tej relacji Polska miała stać się źródłem nowego prawa, a inne narody miały się jej kłaniać. Zakonnik miał w niej wzywać Polaków do powrotu nad Wisłę, twierdząc, że „tu im się nic nie stanie”.
Obraz trzeci: Wizja Potopu i zniszczenia Trzeci obraz, przekazany m.in. przez pisarza Wojciecha Żukrowskiego oraz dziennikarkę Wandę Konarzewską, rysuje zupełnie inny scenariusz. Klimuszko opisywał w nim kataklimizm morski — wielką falę sięgającą Europy, zalewającą Rzym, Paryż i docierającą aż do Polski. Mówił o wodzie pokrywającej Żuławy i jego własny cmentarz, dodając dramatycznie: „Może 5, może 10% jest skazane. Wiem, że to dużo, że to już miliony…”.
Pęknięcie w legendzie i mechanizm nadinterpretacji
Zderzenie obrazu drugiego z trzecim ujawnia głęboką sprzeczność. Z jednej strony słyszymy zapewnienie: „tu im się nic nie stanie”, z drugiej — zapowiedź utraty milionów istnień.
Współczesne przekazy medialne często łączą te rozbieżne relacje, ignorując ich źródła. Co ciekawe, w oryginalnych zapisach wizji Klimuszki nie pojawiają się popularne dziś słowa-klucze, takie jak „islam” czy „wojna atomowa”. W tekstach mowa jest jedynie o „niewiernych” czy „rakietach”, do których kolejne pokolenia dopisywały własne lęki i geopolityczne interpretacje.
Zakonnik z Elbląga sam wielokrotnie przestrzegał przed handlowaniem strachem. W swoich zapiskach zaznaczał: „Nam nie są potrzebne żadne przepowiednie o tragicznej przyszłości”. Miał też pełną świadomość własnej ułomności, pisząc z zastanowieniem, czy mimo dobrej woli nie oszukuje zbolałych ludzi i samego siebie.
Co się sprawdziło, a co pozostaje zagadką?
Próbując dokonać rzetelnego bilansu jego przekazów, warto rozdzielić je na trzy kategorie:
Wydarzenia potwierdzone i trafne: Przepowiednia dotycząca krótkiego pontyfikatu Jana Pawła I (33 dni) oraz trafne wskazanie na wybór Karola Wojtyły na papieża na krótko przed konklawe w 1978 roku.
Wizje niespełnione lub symboliczne: Obrazy Polski jako światowego mocarstwa prawnego czy opisy gigantycznego potopu zalewającego Europę Zachodnią.
Zapowiedzi trudne do weryfikacji: Słowa dotyczące migracji i faktu, że obcokrajowcy będą przyjeżdżać do Polski, by tu żyć — co w latach 70. brzmiało jak abstrakcja, a dziś wpisuje się w procesy demograficzne i gospodarcze.
Czesław Klimuszko zmarł 25 sierpnia 1980 roku. Przed śmiercią miał powiedzieć: „Ja nie umieram. Spełniłem tylko wolę Bożą”. Został pochowany w Elblągu — na ziemi leżącej w depresji, o której sam mówił z wielką troską.
Bracia franciszkanie w 30. rocznicę jego śmierci zwracali uwagę, że z biegiem lat stworzono „Klimuszkę bez Klimuszki” — wypranego z duchowości i troski o człowieka, a wtłoczonego w ramy pogoń za sensacją. Sam zakonnik na pytanie, kim jest, odpowiadał prosto: „Kapłanem zakonu świętego Franciszka”. I być może w tej skromnej odpowiedzi kryje się największa prawda o jego życiu.
Czy wizje ojca Klimuszki to jedynie odbicie naszych własnych nadziei i lęków, czy też dowód na niezwykłą intuicję? Zapraszamy do dyskusji w komentarzach.


